Opowieści znad Odry
57076
page-template,page-template-full_width,page-template-full_width-php,page,page-id-57076,select-core-1.3.1,pitch-theme-ver-3.1,ajax_fade,page_not_loaded,grid_1300,vertical_menu_with_scroll,blog_installed,wpb-js-composer js-comp-ver-6.0.3,vc_responsive
Opowieści znad Odry

[Wieczór, plener nad Odrą, ognisko]

J: Hej ludzie! Spokój! Nie ma sensu opowiadać wszystkiego naraz. Spokojnie usiądźcie i uciszcie się wreszcie.

R: No, no. A ta jak zwykle się rządzi…

J: A masz jakiś lepszy pomysł, żeby wysłuchać wszystkich historii? No właśnie. OK, tydzień temu umówiliśmy się, że spróbujemy lepiej poznać naszą rzekę. Zadanie – przeżyć przygodę nad Odrą. Z tego, co wiem, wszystkich spotkało coś niezwykłego. Jeśli chcecie poznać szczegóły, to po prostu siadajcie i dajcie mówić pierwszej grupie.

O: A kiełbaski już gotowe?

J: Jasne. Jest też pieczona cukinia i camembert. O, a tam masz świeże bułki. Amelka przyniosła nawet herbatę w termosie.

O: /mówi z pełną buzią/. Dzięki, zawsze lepiej mi się słucha przy jedzeniu.

J: Gotowi? Zaczynajmy!

Pierwsza opowieść

N: No to może my? [głosy aprobaty – dawajcie, jedziecie itp.]

My zdecydowałyśmy się pójść wałami w stronę Mostów Trzebnickich. Było dość ponuro – siąpił deszcz, a Odra miała wyjątkowo grafitowy odcień. Karolina oczywiście doszła do wniosku, że jest to idealna sytuacja na opowiadanie strasznych historii…

/retrospekcja/

K: Dziewczyny, a słyszałyście historię o dziewczynce – Tosi, która utopiła się w Odrze?

Z: Nie, i wolimy o tym nie słyszeć.

K: Ale to nic strasznego. Zresztą nie wiadomo nawet, czy ta historia jest prawdziwa…

D: Tym bardziej nie ma sensu jej opowiadać.

K: A co innego mamy robić, idąc przez te chaszcze? No więc…

Z: Nie słucham, nie słucham!

K: …to zdarzyło się 20 maja 2000 roku. Najgorszego roku. Tosia wyszła z domu, żeby pobawić się w swoim ulubionym miejscu – na huśtawce pod jednym z mostów nad Odrą. Jak zwykle towarzyszył jej pies – ulubiony labrador Tolek.

Z: Co za imię –Tolek. I do tego Tosia. Jeszcze nic się nie zdarzyło, a to już brzmi jak bajka w stylu Bolka i Lolka.

K: Nie przerywaj mi! Zresztą imię psa w ogóle nie jest tu ważne, on sam też nie odgrywa tu jakiejś znaczącej roli, chociaż właściwie tylko on wiedział, co naprawdę się wydarzyło.

D: /z przejęciem/ A co się wydarzyło?

K: No właśnie nie wiadomo. Pies wrócił do domu bez swojej pani. Rozpoczęto poszukiwania, ale Tosi ani żywej, ani martwej nigdy nie znaleziono. Podobno przed wyjściem powiedziała rodzicom, że idzie porozmawiać z Odrą. Często tak mówiła, ale rodzice nie brali tego na poważnie. Może rzeczywiście Odra się z nią zaopiekowała?

Z: Brrr..wielkie dzięki Karolina. Super pomysł na zniechęcenie do spacerów po wałach.

D: Bo Odra potrafi być groźna. Spójrzcie. Dziś wygląda trochę strasznie.

K: O, a to jest właśnie ta huśtawka. Od tamtego wydarzenia mówi się na nią „huśtawka Tosi”.

N: I rzeczywiście, pod mostem, zaczepiona na dwóch linach wisiała zwykła, dziecięca huśtawka. Kiedy się w nią wpatrywałyśmy, huśtawka nagle zaczęła się poruszać. Tak jakby ktoś albo coś ją popychało.

D: O nie, patrzcie! Ta Tosia się wciąż na niej huśta, tylko teraz jest niewidzialna!

K: Daria, nie pękaj. To tylko wiatr. Zobacz, gałęzie drzew też się poruszają. To też Tosia?

D: Nie wiem, ale mi zrobiło się jakoś nieprzyjemnie. Chodźcie, spadamy stąd.

/powrót z retrospekcji do ogniska, z początku sceny/

N: Rzeczywiście, atmosfera była dziwna. Zrobiło się jeszcze bardziej szaro, a choć wiatr ustał i nie było słychać żadnego szelestu liści, huśtawka nadal się poruszała. No i teraz jest najbardziej niesamowite zdarzenie w naszej historii, w które pewnie nie uwierzycie, więc nie ma sensu opowiadać…

Inni: [przekrzykując się] No dawaj dalej/ okaże się, czy uwierzymy/ opowiadaj

N: No więc… my ją po prostu zobaczyłyśmy!

Inni: kogo?

N: No tę Tosię. Chyba ją. Po prostu zobaczyłyśmy dziewczynkę w podartej sukience, która z uśmiechem huśtała się na huśtawce. Tak jakby było jej całkiem przyjemnie nad tą wodą, w deszczu, w brudnych ciuchach.

Inni: A ona Was widziała?

D: Tak. Uśmiechała się jakby prosto do nas.

K: A my nie wiedziałyśmy, co robić. Chciałyśmy uciekać, ale nie dało się. Wszystkie stałyśmy jak skamieniałe.

Z: Gdyby się nie odezwała, to pewnie długo byśmy się jeszcze tak wpatrywały.

Inni: Odezwała się?

K: No właśnie tak!

Powiedziała coś takiego: /retrospekcja/

T: Cześć, jestem Tosia. Tosia Odrzanka. Mieszkam w tych wodach. Opiekuję się rybami, doglądam kaczek i łabędzi, zbieram porozrzucane na brzegu butelki. Teraz mam chwilę na zabawę. A wy, kim jesteście?

/powrót do ogniska/

N: No i po tym jakbyśmy odzyskały siłę w nogach. Wszystkie trzy rzuciłyśmy się do ucieczki. Pędziłyśmy jak głupie i zatrzymałyśmy się dopiero w okolicach Polany Karłowickiej…

P: No, no – Tosia Odrzanka. Nieźle. Mickiewicza się naczytałyście?

N: Widzisz? Mówiłam ci, że nam nie uwierzą.

J: Słuchajcie, zasada jest taka, że nie komentujemy swoich opowiadań. Ja wam dziewczyny jak najbardziej wierzę. Zresztą nieraz widziałam, jak ta huśtawka sama się porusza. Teraz przynajmniej wiem, że mi się nie wydawało. Ale dość już o Tosi. Teraz czas dla kolejnej grupy. Gośka?

Druga opowieść

G: No dobra. Nasza przygoda rozpoczęła się przy jazie Różanka. Wiecie, tam obok dawnej wypożyczalni kajaków.

B: No i rzeczywiście to była przygoda. A wszystko dzięki Fago…

/retrospekcja/

A: Fago wracaj! Fagooo! Patrzcie, jak wybiegł do przodu.

B: Trzymasz go w tym 30-metrowym mieszkaniu, to co się dziwisz. Pies potrzebuje przestrzeni!

A: Nie tylko pies jej potrzebuję, człowiek również – dlatego tak lubię chodzić na wały.

B: Zobacz, zatrzymał się… i chyba próbuje coś wykopać.

A: O nie. Pewnie znowu znalazł jakiegoś szczura – pełno tu tego. Fagooo! Do nogi!

B: To nie jest żaden szczur. Patrzcie! To wygląda jak jakaś… skrzynka

G: Rzeczywiście. Na dnie dołu, który wykopał Fago leżało metalowe pudełko. Brunatna rdza, która je pokrywała, wskazywała na to, że przeleżało tu sporo czasu. Całe szczęście nie było zamknięte na kłódkę.

[otwierają skrzynkę}

B: Co to jest? Butelka?

A: Chyba tak. Ale nie pusta. Patrzcie, tu jest jakaś kartka..

C: Wyciągnijmy ją. Tylko ostrożnie!

[dźwięk szelest papieru]

B: Ojej, to jest chyba po niemiecku. Gosia, Ty znasz niemiecki. Co tu jest napisane?

G: Hmmm… chyba pisało to jakieś dziecko, takie koślawe litery. O tu, u góry jest data – 9 października 1942, a na dole podpis – Karl Zechner. O, i Breslau.. [czyta z trudem].. Korsoallee 14..

Karl: Bardzo się boję. Tata mówi, że jest wojna i że musimy wszyscy uważać, bo źli ludzie mogą wykorzystać każde nasze słowo. Dlatego nie mówię, ale piszę. Josef, nasz ulubiony sprzedawca ze sklepu na rogu zamieszkał w naszej szafie. Nie rozumiem, dlaczego nie może po prostu zamieszkać w gościnnym pokoju. Mama powiedziała, że to dlatego, bo źli ludzie nienawidzą takich jak on. Chyba nienawidzili też Lei, która już od dawna nie pojawia się na podwórku. Nie wiem, co się dzieje. Już nawet w piłkę odechciało mi się grać. Jedyne, co jeszcze sprawia mi przyjemność, to siedzenie tutaj nad Odrą i wpatrywanie się w płynącą wodę. To mnie uspokaja.. .Dlatego tutaj zostawiam też moje zapiski…

/powrót do ogniska/

A: Niestety, reszta listu była już kompletnie nieczytelna.

B: Wow! Pomyślcie tylko. Ten list ma prawie osiemdziesiąt lat.

A: Ciekawe, czy Karlowi udało się przeżyć.. Marczak od historii mówił, że tysiące ludzi zginęło podczas ewakuacji z miasta, wtedy, gdy ogłoszono Breslau twierdzą.

G: Karl pewnie w życiu nie spodziewał się, że ulubiona Oder będzie polską Odrą, a my będziemy czytać jego opowieść…

A: Ale to nie koniec, bo dziś rano po historii podeszliśmy do Marczaka z tym listem. On się ostro tym zajarał i od razu powiedział nam, że tak nazywała się dzisiejsza ulica Kasprowicza. Musi jeszcze sprawdzić, który numer to był ten dawny 14, bo po wojnie numeracja się mogła zmienić.

B: No i na jutro jesteśmy z nim umówieni na obejrzenie domu Karla. Może obecni właściciele będą tymi, którzy wprowadzili się tuż po wojnie…

G: Może zostały po rodzinie Karla jakieś pamiątki? Może jest jeszcze ta szafa, w której ukrywał się żydowski sklepikarz?

A: Dobra, dobra. Nie ma co sobie robić wielkich nadziei. Stawiam, że mieszkają tam jacyś studenci, a z szaf są tylko takie białe ikeowskie.

G: Musisz być zawsze taki „optymistyczny”?

P: Dobra nie kłóćcie się. Fakt, że przygodę mieliście przednią. Ale nie wiem, czy nam jednak nie zdarzyło się coś bardziej niezwykłego…

Trzecia opowieść

P: Ale zacznijmy od początku. My, oczywiście po obowiązkowym przystanku w lodziarni na Zawalnej, poszliśmy w stronę Elewatora. Wiecie, co to jest?

C: Tak, to ten duży, opuszczony budynek. Podobno kiedyś trzymali tam zboże…

P: No właśnie! Chociaż oczywiście nie poszliśmy tam szukać pozostałości niemieckiej pszenicy…

/retrospekcja/

O: Chłopaki, podobno na ostatnim piętrze odbywają się czarne msze. Na środku ktoś narysował pentagram, jest też krzesło i plama krwi.

P: Wbijamy tam. Muszę to zobaczyć!

D: No nie wiem, czy to dobry pomysł…

P: Damian, ty zawsze masz jakieś obawy, ale potem i tak idziesz z nami.

D: Lepiej nie gadaj tyle, bo opowiem wszystkim jak ostatnio byliśmy w Parku Południowym i …

Ochroniarz: Stójcie gówniarze!

O: To ochroniarz! Zapomniałem, że on ciągle tu pilnuje.

P: W nogi! Tędy za mną… w lewo.

D: Zaczekajcie!

Ochroniarz: Ja wam zaraz pokażę gnoje! Już mi stąd!

D: Już nie mam siły…

O: Cicho i nie ruszajcie się.

[słychać przyspieszone oddechy, głos ochroniarza jakby zza ściany]

Ochroniarz: Wiem, że tam jesteście. Ale proszę bardzo – sami chcieliście. Dobrej nocy. Hahaha!

[odgłos oddalających się kroków]

D: Chyba zostaliśmy sami…

O: No niezły fart, prawie nas złapał. Chociaż w sumie zachował się dość dziwnie…

P: Dobra, nie będziemy się przecież teraz nad tym zastanawiać. Wykorzystajmy okazję. Chodźcie na górę. To podobno tam odbywają się czarne msze.

D: wciąż uważam, że to nie jest dobry pomysł…

[kroki po schodach]

P: Gdy byliśmy w połowie drogi usłyszeliśmy, jakby ktoś szeptał. Jak potem to sobie omawialiśmy, to szept słyszeliśmy wszyscy ale oczywiście nikt nic nie powiedział myśląc, że to wyobraźnia płata mu figle. I tak milcząc, weszliśmy na piętro…

D: A tam, na samym środku ogromnej hali siedział siwy staruszek. Ubrany był w mocno zniszczoną koszulkę z wielką literą V na piersi i szare bojówki; na umięśnionych opalonych ramionach miał wytatuowane dziwne znaki. Wyglądał jak podstarzały wilk morski, który pół życia spędził na wodzie. Mimo wszystko nie wydawał się groźny. Szczególnie, gdy pochylony nad wiadrem z kilkoma rybami szeptał jakiś dziwny rodzaj modlitwy.

/muzyka/

Starzec: Viadrusie, Viadrusie. Przynoszę ci w darze te oto sandacze i pokornie proszę, byś nie gniewał się na nas wrocławian. Niech Twe wody nigdy nie występują z brzegów i nie porywają naszego dobytku, niech nie zbliżają się do nas burze i ulewne deszcze, niech ryby dobrze się czują w Twoich wodach… Hej, a wy coście za jedni?

P: My…My się po prostu..hmm… zgubiliśmy

Starzec: (ironicznie) A, zgubiliście się. To ja wam mogę łatwo wskazać drogę do wyjścia. Wracajcie po prostu tak, jak przyszliście!

P: Już, już sobie idziemy. Ale czy mógłby Pan odpowiedzieć na jedno pytanie?

Starzec: No proszę. Młodzież, która zadaje pytania. Cóż za rzadkość. Aż żal tego nie wykorzystać. (zniecierpliwiony)To co chcecie wiedzieć?

P: Kto to jest ten Viadrus i dlaczego pan do niego mówi, jakby był jakimś..bogiem?

Starzec: Jak to? Nie wiecie kto to jest Viadrus?

P: Nie…

O: Czyżby to był męski odpowiednik wiadra?

Starzec: Ajajaj dzieci. Czego Was uczą w tej szkole! Na Viadrusa! Posłuchajcie…

Viadrus to bóg tej rzeki. To od jego humoru zależy, czy w Odrze będzie dostateczna ilość ryb, czy rybacy powrócą szczęśliwie z połowu, czy woda nie narobi szkód. Wrocławianie przez setki lat składali Viadrusowi ofiary choćby w postaci złowionych przez siebie ryb. Póki to robili, wszystko było w porządku,aleee gdy zapominali o Nim – Odra wylewała. Z czasem ludzie uznali, że Viadrus nie istnieje.. Nonsens! I przestali o niego dbać. Przestali też dbać o samą Odrę, wylewając do niej ścieki, Tfu! wyrzucając śmieci Tfu! nie sprzątając wałów Tfu! Viadrus się rozgniewał. Dlatego dwadzieścia lat temu Odra wystąpiła z brzegów. Tylko niektórzy – potomkowie rdzennych wrocławian, do których i ja się zaliczam, wiedzą, że o Odrę i o Viadrusa trzeba dbać. Dlatego co tydzień przychodzę tu, by złożyć tę oto rybną ofiarę…

/powrót do ogniska/

Inni: Wow! Nie miałam pojęcia, że Odra ma swojego boga.

P: No, i że ten bóg ma swoich wyznawców.

O: Ale ten pan Anatol, bo okazało się, że tak się nazywa, to bardzo fajny gość. Jeszcze długo opowiadał nam różne wrocławskie legendy…

J: Wygląda na to, że wszystkim wyszło na dobre to bliższe spotkanie z Odrą. A teraz zbieramy się – zrobiło się już całkiem ciemno.

N: (ironicznie)Tylko pamiętajcie, żeby po sobie posprzątać, bo Viadrus się wścieknie…

[odgłosy krzątaniny, zbieranie przedmiotów do koszyka i trzepanie koca, pytania w stylu – „została jeszcze jedna kiełbaska, ktoś chętny?”, „ej, Amelka nie pchaj się”, szczekanie psa itp., na to powoli nakłada się szum wody]

Odra: Do zobaczenia!

Koniec